Pierwsze dni walki o moją rodzine za mną

Jak w tytule dziś mam zamiar podsumować jakie były pierwsze dni od kiedy zaczęłam wprowadzać zmiany w naszej codzienności.Dni te minęły mi bardzo pozytywnie i mimo że zdarzały się sprzeczki się z M to nie miały one takiej siły rażenia jak wcześniej nie padało już tyle przykrych słów jak wcześniej. Teściowa no cóż jak zwykle musi sobie znaleźć jakiś problem , ale ja nie daje jej się sprowokować i robię swoje.I mimo ,że jak zwykle słyszę jak w rozmowie telefonicznej najeżdża na mnie do swojej córki i nadal mimo moich usilnych próśb aby tego nie robiła na bieżąco informuje moją szwagierkę co i kiedy robię a także o moich ewentualnych potknięciach ( na które mam wrażenie bardzo czeka). Zdecydowałam jednak ,że nie będę już się tym denerwować bo to jak walenie głową w mur ona i tak już się nie zmieni a ja tylko tracę energie i zdrowie na nerwy zamiast na bycie z moim dzieckiem i cieszenie się postępami które codziennie mała robi. Moje kontakty z teściową ograniczyłam do pójścia do jej pokoju kiedy mała tam zawędruje i zabraniu jej lub zaprowadzeniu krzesełka do karmienia kiedy mała chce pobyć z babcią ponieważ mała cały czas najchętniej by biegała a teściowa raczej za nią nie nadąży , bez względu na moje stosunki i uczucia względem matki męża nie zamierzam izolować córki od babci zamierzam uczyć moje dziecko że to jakie panują stosunki między dorosłymi nie ma wpływu na jej kontakty z rodziną ona nie jest stroną w tym konflikcie i nie dopuszczę żeby w jakikolwiek sposób na nim cierpiała.Poza tym ,że wrzuciłam na luz jeśli chodzi o to jak postępuje względem mnie teściowa to nie truje też o tym M co zdecydowanie pozytywnie wpływa na nasze stosunki i nie generuje już tyle kłótni co wcześniej i mimo że czasami nadal robi mi się przykro kiedy jest złośliwa to jakoś udaje mi się opanować wiem że nawet jeśli M tysiąc razy powtórzy jej że ma się od mnie odczepić to ona i tak następnego dnia znajdzie coś żeby mnie skrytykować ten typ tak już po prostu ma i raczej nie liczę na cud zmiany. Mała Iza rośnie jak na drożdżach i codziennie zaskakuje nas jakimś nowym osiągnięciem lub nowo poznanym słowem.czasami bywa tak bardzo aktywna ,że ja sama mam problem z jej okiełznaniem staram się jednak wyznaczać jej jasne klarowne granice ( ostatni zostałam za to nazwana „Żandarmem na emeryturze” przez kogo pozostawiam w domyśle)i nie pozwalam sobą rządzić czego mała usilnie próbuje wymuszając płaczem a raczej krzykiem ( dziwie się że sąsiedzi jeszcze nie wezwali MOPS-u) lub policji). Ja sama czuje się psychicznie o wiele lepiej i już łapie trochę tej życiowej radości jaką miałam kiedyś . Mam nadzieje że dalej będzie już tylko lepiej

Wszystko od nowa

Po raz kolejny postanowiłam zacząć wszystko od nowa.Musze wszystko pozmieniać zmienić też siebie i swój charakter, muszę to zrobić aby uratować nas naszą rodzinę, nasze małżeństwo i samą siebie przed rozpadem . Mam nadzieje ,że doszliśmy już do takiego dna ,że gorzej już być nie może i przy odrobinie moich starań i dobrej woli ze strony M nowy rok przyniesie same dobre dni. Zeszły rok przyniósł nam dużo złego w nasze małżeństwo weszły złe emocje pojawiły się kłótnie i wkradło zwątpienie czy bycie razem ma jeszcze jakiś sens.Wiem że wielu z sytuacji sama byłam winna, wiele jednak było spowodowane przez inne osoby które mam wrażenie celowo mnie prowokowały aby pokazać jaka to ja jestem zła i nie dobra i jaką jestem nieudolną żoną i matką (kto czyta mojego bloga wie o kim mowa). Przez te wszystkie sytuacje ja sobie odpuściłam i wpasowałam się w to jak o mnie mówiły te osoby zaniedbałam dom, siebie i trochę więcej innych spraw wszystko to rzuciło się na nasze małżeństwo i naszą rodzinę. Czarę goryczy przelała sytuacja z ostatniego dnia roku, nie będę się zagłębiała w to co się wydarzyło ale sprawiło to ,że przysięgłam sobie ,że biorę się za siebie i nie dopuszczę do tego aby nasza rodzina się rozpadła i żeby ucierpiało w jakikolwiek sposób na tym nasze dziecko ,a jak wiadomo to dzieci najbardziej cierpią na rozpadzie rodziny. Ze względu na to ,że od sylwestra do jutra mój mąż był w domu to nie chciałam wprowadzać żadnych zmian od razu po nowym roku ,jutro M idzie już do pracy więc ja od rana zamierzam już wziąć się za naszą rewolucje naprawczą i wiem ,że będę walczyć z całych sił o to by nasza codzienność uległa zmianie na lepsze.

Rozpiera mnie duma

Dzis post będzie bardzo optymistyczny ponieważ tak jak napisałam w tytule rozpiera mnie duma . Duma ta spowodowana jest tym ,że udało mi się pierwszy raz od bardzo dawna uśpić Ize w jej własnym łóżeczku . Bardzo bałam się tego że będzie dużo płaczu i nerwów przy odzwyczajaniu Izy od spania w naszym łóżku i tak z dnia na dzień odwlekałam ten dzień . Dziś jednak zdecydowałam że czas żeby mała zaczęła spać we własnym łóżku i skoro naważyłam tego piwa ucząc Ize usypiania w naszym łóżku to czas je wypić i nauczyć małą spać że własnym łóżku i odziwo nasze dziecko mimo początkowych protestów i próby sił kto tu rządzi po 48 minutach zasnęło głaskane przeze mnie we własnym łóżeczku a nie jak to było do tej pory w naszym łóżku . Ostatnio dużo czytałam szukając właściwej metody usypiania dziecka i wśród gąszczu wielu różnych sposobów znalazłam sobie swój własny który dziś zastosowałam gdyż żadna z opisanych recept  usypiania nie odpowiadała mi w 100 procentach . Była też jedna która nie odpowiadała mi w ani jednym procencie a chodzi mi mianowicie o metodę Ferbera która według mnie jest zbyt drastyczna , i pozbawia dziecko poczucia bezpieczeństwa. Moim skromnym zdaniem dziecko usypiane tą metodą usypia nie z potrzeby snu ale ze zmęczenia płaczem i stresem z powodu znieczulicy rodziców którzy zostawiają je same do tzw wypłakania jak dla mnie to dręczenie tego małego człowieka które może pozostawić trwały uszczerbek na jego psychice. Osobiście jestem zwolennikiem traktowania dziecka tak jak sama chciałabym być traktowana dlatego dziś Ize usypiałam w następujący sposób : po wieczornej toalecie, bajce i kolacji włączyłam kołysanki następnie koło łóżeczka Izy postawiłam sobie krzesełko i włożyłam Izę do łóżeczka kiedy mała zaczęła protestować i płakać wzięłam ją na ręce utuliłam a następnie znów odłożyłam do łóżeczka nie odzywając się do niej wcale i tak robiłam dopóki mała nie zdecydowała się poleżeć troszkę dłużej kiedy ona leżała ja włożyłam do łóżeczka ręke i delikatnie gładziłam jej główkę po paru minutach Iza odpłynęła do krainy kolorowych snów . A mi pozostała duma z nas obu z siebie samej że nie pękłam i nie dałam za wygraną kiedy Iza krzyczała a z niej że tak szybko usunęła i nie dała wielkiego koncertu. Wam wszystkim też życzę dobrej nocy i wielu kolorowych snów.

No i mamy problem

Tak jak w tytule postu mamy problem a dotyczy on zasypiania naszej córci. Sprawcą tegoż problemu jestem ja sama gdyż powstał on przez mój błąd jakim było to że nasze dziecko nie miało tzw.: wieczornego rytuału i pora snu podyktowana była ilością obowiązków jakie trzeba było wykonać przed udaniem się spać i jednego dnia była to 20 innego 21 poza tym nie przyzwyczaiłam Izy do kolejności czynności przed snem. Wczoraj zabrałam żniwo swojego postępowania w postaci trzech godzin proszenia dziecka aby wreszcie usnęło . No cóż sama jestem sobie winna , dziś jestem już po lekturze niezbędnych porad dotyczących usypiania dzieci i od wieczora zaczynamy naukę prawidłowego zasypiania . Mam nadzieję że się uda i Iza będzie spokojnie zasypiać a ja wieczorem zyskam parę chwil wolnych dla siebie . Póki co Iza jeszcze przez około pół godziny drzemie a ja planuje przejrzeć strony z edukacyjnymi zabawami dla rocznych brzdąców.

Zmęczenie i pierwszy kryzys

Dziś post nie będzie dotyczył mnie ale mojego męża. Od paru tygodni obserwowałam jak mój cudowny opiekuńczy dotąd mąż zaczął się wycofywać z naszego życia ,dotąd kiedy przychodził z pracy piliśmy razem w kuchni kawę jedliśmy obiad to się jednak zmieniło M coraz częściej po powrocie z pracy robił sobie kawę i uciekał do komputera ,obiad jadł także przed komputerem. Zaczęło mnie to drażnić że spędzamy ze sobą mało czasu ,że on mało czasu poświęca naszemu dziecku i tak zaczęła nakręcać się spirala pretensji, bez sensu trułam mu że robi źle itd . Dopiero wczoraj kiedy rozmawiałam z bardzo bliską sobie osobą (która jest mamą trzech cudnych córek a oprócz tego często pod jej skrzydła ląduje dwoje fajnych dzieciaków jej partnera) jakoś tak się złożyło że szczerze porozmawiałyśmy o problemach i tym co której doskwiera  i dotarło do mnie ze poprostu dopadło go zmęczenie , że po tym ponad roku wytężonej pracy najpierw ślub,opieka nade mną kiedy byłam w ciąży, remont potem rewolucja jaką były narodziny Izy i uczenie się bycia rodzicem a ostatnimi czasy borykanie się z kłopotami w domu (konfliktem między mną a jego matka) dały mu nieźle w kość i ta ucieczka w wirtualny świat dawała chwilę wytchnienia . Mój dobry doradca (dzięki Ci Aniu) radziła przeczekać i zobaczyć co z tego wyjdzie. Nie będę już na niego naciskać ani strofować go dam mu poprostu czas i przestrzeń aby odpoczął wtedy napewno wszystko wróci do normy.

Zmęczenie i pierwszy kryzys

Dziś post nie będzie dotyczył mnie ale mojego męża. Od paru tygodni obserwowałam jak mój cudowny opiekuńczy dotąd mąż zaczął się wycofywać z naszego życia ,dotąd kiedy przychodził z pracy piliśmy razem w kuchni kawę jedliśmy obiad to się jednak zmieniło M coraz częściej po powrocie z pracy robił sobie kawę i uciekał do komputera ,obiad jadł także przed komputerem. Zaczęło mnie to drażnić że spędzamy ze sobą mało czasu ,że on mało czasu poświęca naszemu dziecku i tak zaczęła nakręcać się spirala pretensji, bez sensu trułam mu że robi źle itd . Dopiero wczoraj kiedy rozmawiałam z bardzo bliską sobie osobą (która jest mamą trzech cudnych córek a oprócz tego często pod jej skrzydła ląduje dwoje fajnych dzieciaków jej partnera) jakoś tak się złożyło że szczerze porozmawiałyśmy o problemach i tym co której doskwiera  i dotarło do mnie ze poprostu dopadło go zmęczenie , że po tym ponad roku wytężonej pracy najpierw ślub,opieka nade mną kiedy byłam w ciąży, remont potem rewolucja jaką były narodziny Izy i uczenie się bycia rodzicem a ostatnimi czasy borykanie się z kłopotami w domu (konfliktem między mną a jego matka) dały mu nieźle w kość i ta ucieczka w wirtualny świat dawała chwilę wytchnienia . Mój dobry doradca (dzięki Ci Aniu) radziła przeczekać i zobaczyć co z tego wyjdzie. Nie będę już na niego naciskać ani strofować go dam mu poprostu czas i przestrzeń aby odpoczął wtedy napewno wszystko wróci do normy.

Czy mam prawo?

Ostatnio na Facebooku znalazłam zupełnie przypadkiem odnośnik do pewnego wpisu na blogu http:// http://tamtastronalustra.blog.pl wpis ten brzmi tak :
” Idę szpitalnym korytarzem.
Wszystko jest tak, jak zawsze.
Pielęgniarki, biegają z kroplówkami.
Lekarze, dyskutują między sobą.
Sprzątaczki, usiłują żartować z pacjentami.

Zaglądam do sali numer jeden.
Na łóżku, podłączony pod tlen leży Kamil.
Wychowanek domu dziecka.
Ma dwadzieścia lat, wygląda jak gimnazjalista.
Uśmiecha się jak zawsze i zaprasza gestem do środka.
Wchodzę, siadam na skraju łóżka.
Słucham jak mówi.
O rodzicach, którzy go zostawili.
O swojej walce, o każdy dzień.
O życiu, którego większość spędził w szpitalnych murach.
Opowiada o tym, bez cienia pretensji.
Dziękuję, że mógł być.
Ot tak, po prostu.
Nagle, zaczyna dławić się krwią.
Duszność, odbiera mu głos.
Znika.
Wstaję, bo uświadamiam sobie,
że Kamil zmarł kilka lat temu.

Przechodzę do sali numer dwa.
W okół stolika, jak szalony biega Oskar.
Nigdy, nie bardzo umiał usiedzieć na jednym miejscu.
Gdy wraz z moim synem, byli w podobnym wieku, chowali się do szaf.
Żeby doktor, nie mógł ich znaleźć.
Pamiętam, telefon od jego mamy.
Pamiętam, gdy mówię synowi, że Oskara już nie ma.
Pamiętam jak po tej rozmowie, nie chcę nic jeść.
Przez trzy dni, z nikim rozmawiać.
Patryk miał wtedy 9 lat.
Oskar, całe jedenaście.
Stolik w sali znika.
Śmiech rozbieganego chłopca, również.

Odwracam się i widzę salę numer trzy.
Nad małym łóżeczkiem, pochylają się zgarbieni rodzice.
Ewa, ma cztery lata.
Podpięta, pod miliony rurek.
Każda, podtrzymuje ją przy życiu.
Dobiega do mnie, cicha modlitwa.
Widzę jak oboje, połykają łzy.
Aparatura nagle milknie.
Nie mogę słuchać, rozpaczliwego krzyku matki.

Uciekam do sali, numer cztery.
Ola zawsze nazywała mnie, drugą mamusią.
Kochałam ją, jak rodzoną córkę.
Spędziłyśmy na rozmowach, szmat czasu.
Wspólne łzy, wspólne uśmiechy, wspólne milczenie.
Zawsze, chiała być na moim ślubie.
I była.
Zmarła w dzień, gdy przed ołtarzem mówiłam ” tak”….

Z sali numer pięć, patrzy na mnie Mariusz.
Nigdy nie zapomnę, jego poczucia humoru.
Godzinami mógł mówić o Kasi.
Miłości jego życia.
Tak bardzo cieszyłam się, z zaproszenia na ich wesele.
W garnitur do ślubu, ubrano go jednak w inną podróż.
Tę ostatnią.
Odszedł, miesiąc przed  wymarzoną uroczystością.

Otwieram drzwi, do sali numer sześć.
Przy oknie stoi Paulina.
Obok niej, na krzesełku siedzi Edyta.
Zapraszają mnie na herbatę.
Trajkoczą jak zwykle, jedna przez drugą.
Nie przestają się śmiać.
Pierwsza zanika postać Pauli.
Zaraz po niej, jak mgła rozmywa się Edyta.

Mijam, kolejne pokoje.
Słyszę, ich głosy.
Widzę, chcące żyć oczy.

W drzwiach sali numer siedem, stoi Radziu.
Prosty, dobry chłopak ze wsi.
Ciężko, nie było mieć do niego szacunku.
Nie wstydził się swojego pochodzenia.
Z pasją opowiadał o ziemi, którą kochał.
Trzy lata temu, obudziłam się w izolatce,
w której akurat przebywał mój syn.
Podeszłam do parapetu.
Widziałam, jak wynosili jego ciało.

Z sali numer osiem, wychodzi stonowany Łukasz.
Wciąż mam ten obrazek przed oczami.
Jak wraz ze swoją żoną, niosą w nosidełku córeczkę.
Z taką dumą na twarzy.
To był ciepły piątek.
Wyjeżdżaliśmy do domu.
Oni też mieli wracać, lada dzień.
Ona wróciła, z córką.
Łukasz, poszedł już inną drogą, niedzielnym porankiem…

Siadam pod ścianą.
W moim mieszkaniu.
Myślę o tym, że w jednej z takich sal,
leży teraz mój syn.
Strach mnie zamroził.
Nagle dostaję wiadomość.
- Nia płacz mamo.
Ja też się boję.
Wszystko będzie dobrze.
Przecież, jeszcze tyle chciałbym ci powiedzieć…

Naucz się szanować to, co masz.
Doceniać, dany ci dzień.
Mów, że kochasz, jak najczęściej.
Biegnij do przyjaciela ciemną nocą, gdy cię potrzebuje.
Uśmiechaj się na widok słońca.
Tańcz w deszczu.
Ciesz się z oddechu.
Podawaj innym dłoń.
Nie oczekując nic w zamian.
Celebruj każdą minutę ze swoim dzieckiem.

Dlaczego?
Jeśli tego nie zrobisz, wezmę cię za rękę.
Przeprowadzę, przez szpitalny korytarz.
I otworzę drzwi numer jeden, dwa, trzy…
Żebyś zrozumiał, jak blisko jest piekło…”

Po przeczytaniu tego wpisu rozpłakałam się i długo nie mogłam się uspokoić czułam się strasznie rozbita a przecież nie znałam żadnego z pacjentów z sali 1,2,3,…. . Mój żal i rozbicie nie dotyczyły tego co autorka wpisu opisała (choć bardzo współczuję ludziom chorym ) w mojej głowie zakotłowała się poprostu myśl ze ten wpis kierowany jest do mnie bo to ja nie potrafię docenić tego co mam ,to mnie autorka tamtej strony lustra chciałaby przeprowadzić przez korytarz i pokazać poszczególne sale ,to ja trwonie czas który mogłabym poświęcić na zabawę z dzieckiem czy rozmowę z mężem na narzekanie jak mi źle a czy ma prawo być mi źle? Przecież mam wszystko :
zdrowe dziecko ,dobrego męża , dopisuje nam zdrowie, sytuacja finansowa nie jest najgorsza. Jedyną rzeczą na którą mogę narzekać są stosunki z teściową i szwagierką ale przecież to nie jest powód żeby być wiecznie sfrustrowaną bo przecież to czego nie można zmienić należy poprostu zaakceptować a nie wiecznie myśleć o tym i się nakręcać. Przykro mi że do tej pory nigdy nie przyszło mi to do głowy i że potrzebowałam tej wirtualnej wizyty na sali 1,2,3,….. żeby zrozumieć ze :  Nie mam prawa narzekać bo w przeciwieństwie do pacjentów tych sal mam najważniejsze mam zdrowie a oni nie mieli tego szczęścia mimo że tak bardzo chcieli żyć.Zamierzam więc chodzić teraz i cieszyć się ze świecącego słońca, celebrować każdą chwilę ze swoim dzieckiem i przestać tracić czas na głupie kłótnie bo zgodnie z tym co zrozumiałam z pozostałych wpisów autorki tamtej strony lustra to ” Nic nie jest nam dane na zawsze” i „wszystko jest po coś” . Wam życzę aby przebudzenie przyszło wcześniej niż u mnie i żebyście nigdy nie poczuli się tak beznadziejnie głupio jak ja gdy zapytacie siebie „Czy mam prawo?”

Czy wygląd ma znaczenie ?

Dzisiejszy wpis zamierzam poświecić zagadnieniu czy wygląd zewnętrzny ma znaczenie w późniejszym stadium związku? Zastanawiam się nad tym ,gdyż ja sama kiedyś byłam o wiele zgrabniejsza niż teraz.Bardzo mi to przeszkadza i wstydzę się swojego ciała przed moim mężem ,między innymi przez to zaczęłam ćwiczyć. Chciałabym ,żeby moje ciało na powrót odzyskało choć w jakiejś części dawny wygląd i mimo ,że u mnie zły wygląd to jeszcze efekt ciąży to jestem na siebie zła ,za to że tak jest bo czuje się jakbym w jakiś sposób oszukała swojego męża. Kiedy zaczynaliśmy być ze sobą wyglądałam inaczej ,M nie daje mi wprawdzie odczuć żeby mu to przeszkadzało dla mnie jednak ma to znaczenie i wiem ,że zrobię wszystko żeby wrócić do dawnej formy. Zastanawiam się jednak jak wygląda to ze strony M czy rzeczywiście jemu jest już obojętne jak wyglądam czy mówi tak żeby mi nie było przykro.

Powrót z długiej podróży

Wracam, a przynajmniej bardzo tego chce. Nie spodziewałam się ,że tak długo mnie tu nie było wydawało mi się że od ostatniego wpisu minęło zaledwie może 3 miesiące a to już pół roku .Pół roku które zmarnowałam ,zmarnowałam na nerwy, stres próby tłumaczenia które nie przynosiły rezultatu a finalnie kłótnie z teściową o to by w końcu zrozumiała ,że ani ona sama ani jej córka nie są i nie będą osobami decyzyjnymi w życiu naszego dziecka a ich dobrych rad mam po kokardy, i jedyny efekt jaki odniosłam w tej walce to całkowita porażka bo żadne argumenty nie trafiły do żadnej z pań. Ja tylko zmarnowałam czas i energię którą mogłabym poświecić  swojemu dziecku a ,one jak byly tak nadal są przekonane o własnej nie omylności i o tym ,że to właśnie one nadal mają racje. Teraz jednak to ja zamierzam zmienić taktykę i  mieć uszy i umysł zamknięte na ich komentarze, przytyki , złośliwości bo choć  w 100procentach zgadzam się z nimi że daleko mi do perfekcyjnej pani domu i jestem bałaganiarą no cóż nikt nie jest idealny i wiem że muszę nad sobą pracować w kwestii porządku to dla swojego dziecka staram się jednak być najlepsza mamą na świecie i nie pozwolę  nikomu ani swojej mamie i siostrze ani teściowej i szwagierce na to aby stale wcinać się w nasze życie to my jesteśmy rodzicami i to my będziemy decydować o tym kiedy nasze dziecko śpi ,je,i się bawi a dopóki pewne jednostki tego nie zrozumieją to będą przez mnie traktowane  hm z duuuża rezerwą ale na pewno nie dam już im satysfakcji z tego że są przyczynami konfliktów między mną a mężem (który stoi między młotem a kowadłem  i nie wie jak wybrnąć z tej patowej sytuacji zwłaszcza że owo kowadło potraf z siebie perfekcyjnie robić ofiarę   ) chcę żebyśmy stanowili fajną kochającą się rodzinę wbrew przeciwnością losu i ludziom którzy starają się być zawsze mądrzejsi , chcę dac naszemu dziecku taki dom żeby w przyszłości stanowił on dla niej wzorzec dla jej własnej rodziny a jednocześnie takie miejsce do którego zawsze będzie mogła wracać bo tu będzie się czuła bezpieczna i kochana.

Czyżby zmiana taktyki

Ostatnio pisałam o tym że nie wiem jak rozwiązać konfliktową sytuacje która się  pojawiła u nas w domu.Sama nie wiedziałam jak to zrobić i co i sytuacja sama się zaczęła chyba rozwiązywać ponieważ osoby które cały czas stwarzały problemy zaczęły zmieniać taktykę ponieważ zauważyły że ja nic nie dam sobie narzucać a one przez to wszystko mają utrudniony kontakt z Izą  ponieważ ja ich unikam. Mam nadzieję że tak już zostanie ,że w końcu zrozumiały że to moje dziecko i jeśli popełnię nawet jakiś błąd to ja poniosę jego konsekwencje. Wielkie dzięki za to że sytuacja uległa zmianie należy się mojemu mężowi który zawsze kiedy miałam racje stawał z mną murem i nie podważał mojego zdania mimo że te osoby starały się u niego coś wskórać. Póki co jest ok zobaczymy co będzie dalej ,wiem jednak że nie pozwolę na to by ktokolwiek wpływał na wychowanie mojego dziecka i czy to będzie moja mama, teściowa,siostra czy szwagierka bo wszystkie mają do tego tendencje zawsze jak mantrę będę powtarzała to ,że to ja jestem mamą Izy i to ja najlepiej wiem czego jej potrzeba , a każda ma lub miała do wychowania swoje dzieci